Zima się skończyła. Można wyjść z domu. A nawet wyjechać. Uświadomiłam sobie, że od początku roku nie ruszyłam dupy z kanapy w innym celu niż praca, kiedy więc okazało się, że znajomi jadą na koncert do Poznania, od razu podłączyłam się pod wycieczkę. Zamiast koncertować skupiłam się na rzeczach ważnych – na jedzeniu. A wyjazd wszyscy chętnie przedłużyli na cały weekend, żeby mieć czas poszwendać się po mieście. Dziś przybywam więc z przewodnikiem po Poznaniu.

Podpowiadam więc co zobaczyć, gdzie zjeść pyszne śniadanie, a gdzie ciekawy obiad. Podrzucam kilka miejscówek z dobrą kawą i pysznym ciastem, knajpę z zajebistym ogródkiem, z której nie chciało nam się wychodzić przez dwa dni oraz adres zamieszkania Denvera, ostatniego dinozaura. Przewrotnie powiem wam też gdzie NIE nocować, jeśli cenicie sobie jakość snu i święty spokój. W zestawie dużo zdjęć, bo jak już w końcu wypełzłam ze swej jaskini, to w pełni wykorzystałam okazję, żeby w końcu pocykać jakieś fotki.

 

Info praktyczne

Zacznijmy od tego co mało fascynujące, żeby mieć sprawę z głowy. Do Poznania pojechaliśmy pociągiem. Żeby mieć więcej pieniędzy na jedzonko i zapas czasu na czytanie Dostojewskiego („Biesy” – nie róbcie sobie tego) zdecydowaliśmy się na czterogodzinną wycieczkę TLK. Na miejscu postawiliśmy natomiast na spacerowanie, ale że ja, bardzo mądrze, dwa tygodnie wcześniej zwichnęłam sobie stopę (bieganie – nie róbcie sobie tego), to mocno wykorzystywaliśmy też komunikację miejską, która w Poznaniu jest bardzo dobrze zorganizowana. Na weekendowy wypad polecam wam bilet dwudniowy (48 godzin), normalny kosztuje 21 zł. Można go sobie kupić np. w aplikacji Jak Dojadę, z której zawsze korzystam wożąc się ZTMem po obcych miastach.

 

 

Jeśli chodzi o nocleg, to nie polecam naszego wyboru. Hostel Moon, w którym się zatrzymaliśmy, ma co prawda świetną lokalizację (tuż przy Starówce), ale przyciąga mało ciekawe towarzystwo, które lubuje się w darciu mordy. Nasze okna wychodziły zresztą na dziedziniec gdzie znajduje się też brazylijska knajpa. Mam jednak przeczucie, że „nasi” darli się bardziej niż bywalcy knajpy, szczególnie że od 3 w nocy darcie mordy przeniosło się do wnętrza, a techno manieczki dobiegały do mych uszu do 7 rano, kiedy wychodziłam na miasto robić zdjęcia. Zresztą drugiego dnia pobytu jedna ekipa została wręcz wywalona z hostelu za awantury. Wniosek? Jak nie musicie, to tu nie nocujcie.

 

Co ze sobą począć?

Dla tych, co to lubią przebieżki z aparatem pod pachą, polecam poranne wstawanie i spacer po Starówce. Na szczęście w pierwszy weekend kwietnia poranne słońce można złapać o 7 rano, a nie o 5, więc pobudka nie boli w duszę. Na Rynku spotkacie jedynie śmieciarki i fotografów. W proporcjach 16:3. Połaziłam więc sobie bocznymi uliczkami, które dzień wcześniej były w tłumie praktycznie niewidoczne. Udało mi się też przydybać wiosenne, kwitnące drzewo. Jedno na całe miasto 😉 Super jest też pomnik Golema autorstwa czeskiego artysty, Davida Cernyego. Nie miał on łatwego życia i trochę już ucierpiał, ale dalej robi świetne wrażenie. I to pod każdym kątem inne. [Nie mam zdjęć, bo mi się nie podobają te, które zrobiłam]

 

 

Kolejną, polecaną przez wszystkich atrakcją jest poznańska Palmiarnia. Ja tam zieleninę szanuję, a taką w szklarni to wręcz wybitnie. Wpadajcie popatrzeć na fotogeniczne kaktusy, palmy i inne krzaki. Jest tu też kącik podwodnych potworów, wygrodzone siatką domostwo kolorowych motyli, oczko pełne nienażartych ryb, które wyglądają jakby chciały odgryźć wam palce oraz kilka sztuk papug. Niektóre może nawet do was przemówią.

*** Ekhem, ekhem, przerywamy program, aby nadać najświeższe informacje z kącika Karola Strasburgera. Zapraszam na inside’owy suchar poznański. Jak się nazywa schorzenie kręgosłupa popularnej papugi? Garbary. Dziękuję, pozdrawiam.***

 

 

Zdecydowanie polecam wizytę w Palmiarni. Szczególnie, że za wejście nie zapłacicie majątku, a można tam spędzić całkiem sporo czasu. Bilet normalny to koszt 12 złotych. A jeśli wciąż nie jesteście przekonani, to może skusi was fakt, że między krzakami ukryty jest tam Denver Ostatni Dinozaur. Można sobie strzelić z nim fotkę. Jedyne czego musicie być świadomi, to tłumy szturmujące ten zielony przybytek w sobotę. Na pewno przyjemniej jest w środku tygodnia.

Oprócz tego w okolicach Palmiarni fajnie się poszwendać w poszukiwaniu ciekawej architektury. Jest tam sporo świetnych kamienic, również takich, które Wes Anderson szanowałby całym swym symetrycznym serduszkiem. Chciałam się też wybrać do Bramy Poznania, którą polecała nam kelnerka w odwiedzonej dzień wcześniej knajpie, a która, z tego co widzę, jest też gwiazdą Instagrama, na tę atrakcję nie starczyło nam jednak czasu. Zresztą podejrzewam, że tam również przyjemniej wybrać się poza weekendem.

 

 

Panie, daj pan śniadanie!

Dobra, wystarczy tego łażenia. Czas na jedzonko! Cudów nie ma, w ciągu dwóch dni zdążyliśmy wypróbować tylko dwie miejscówki śniadaniowe, za to obie ekstra. Zaczynamy od Ptasiego Radia, miejsca z takim wystrojem wnętrza, że gwarantuję wam, zachwyty. Retro klimat, stare klatki dla ptaków, kwiaty i podsufitowe chmury. Nie kojarzę drugiego takiego miejsca! A co najważniejsze, jedzenie też jest super. Żeby zrobić wam dokładny przegląd karty, zamówiliśmy cztery różne śniadaniowe propozycje: pankejki z syropem klonowym i szynką parmeńską, bajgle w wersji ze smażonym serem oraz z łososiem oraz klasyczną jajeczniczkę.  Żadna nie odstawała.

 

 

Następnego dnia mieliśmy chęci wypróbować poranną szamę w Werandzie i Lavendzie, ale przylamusiliśmy i nie zrobiliśmy wcześniej rezerwacji. Pamiętajcie! W weekendy ludzkość lubi o poranku jadać na mieście. Bądźcie odpowiednio przygotowani, albowiem głód śniadaniowy, to straszne schorzenie! Ostatecznie skończyliśmy w Kuchni & Mchu, tuż za rogiem naszego hostelu. Tu też powitało nas doskonałe jedzenie, na czele z wybooornym chlebem. Tu zdecydowanie mogę polecić szakszukę o smaku leczo oraz kanapkę z burakiem, której kawałek podkradłam Dorocie.

 

 

Najlepsze żarcie świata

A kto dotarł do tego miejsca, ten dostanie nagrodę, czyli namiary na najlepsze miejsce w całym Poznaniu. Serio, mimo blogerskiej pogoni za kontentem, nie mogliśmy się powstrzymać i w Geschefcie przy ul. Żydowskiej spędziliśmy dwa wieczory pod rząd. Co ciekawe, trafiliśmy tu zupełnie przypadkiem. Na naszej blogerskiej liście miejsc do sprawdzenia była ramenownia Yetztu. Podobno dają jeden z najlepszych ramenów w Polsce, nie ma więc się co dziwić, że spotkaliśmy tylko kolejkę chętnych przed wejściem. Szczególnie, że miejsce jest malutkie. Dla mnie było to jednak totalne zwycięstwo, bo w Yetztu już byłam kilka miesięcy temu, przy okazji pracowego wyjazdu. Szczerze mówiąc ich ramenu za bardzo nie pamiętam, więc musiał być po prostu w porządku.

 

 

Za to inspirowane azjatycką kuchnią potrawy w Geschefcie będę wspominać długo, bo wszystkie były W-Y-B-O-R-N-E. Jakbym miała ich menu do czegoś porównać, to chyba najbliżej byłoby im do mojego azjatyckiego fusion w Warszawie, czyli The Cool Cat. Wypróbowaliśmy tu bardzo dobry udon, curry z kurczakiem, wariację na temat ramenu na bazie mleka kokosowego, burgera z z japońskim schabowym w panierce z panko (double katsu burger) i tegoż samego schabowego, ale na ryżu, zamiast w bułce podanego z marynowanym imbirem, chrzanem i słodkim sosem (norikatsu). Wypróbowaliśmy też ich bardzo dobre kimchi. Zestaw idealny! Mieliśmy jeszcze ochotę na frytki (k-fries), kiedy jednak zobaczyliśmy jak bardzo na bogato jest porcja wjeżdżająca na stolik obok, poddaliśmy się walkowerem.

 

 

Nie odmówiliśmy sobie za to piwka, którego mają tu niezły wybór. Na drugi dzień wróciliśmy natomiast na litrowy dzban aperolu. Jedną z uczestniczek wycieczki była samozwańcza Królowa Prosecco, nie można było jej odmówić takiej atrakcji. Maciej natomiast zdecydował się na drinka z marakują, który też był totalnym sztosem. Generalnie Gescheft polecam wszystkim i sama z pewnością tam wrócę przy najbliższej nadarzającej się okazji. Doskonałe żarcie, super fajna obsługa i mega klimatyczny ogródek ukryty w podwórku. Czego chcieć więcej?!

 

 

Następnego dnia naszła nas ochota na pizzę. Jak to się dzieje średnio co drugi dzień 😉 Mieliśmy znalezionych kilka miejscówek serwujących dobrą pizzę, ale ostatecznie naszą decyzję bazowaliśmy na lokalizacji. Tak trafiliśmy do Przyjemności. Muszę przyznać, że nazwa pasuje do jakości serwowanych przez nich placków. Musicie się jednak liczyć z tym, że jest to miejsce modne, a co za tym idzie totalnie zawalone wygłodniałą ludzkością. Na szczęście udało nam się załapać na stolik na zewnątrz, a że dzień był piękny (20 stopni w pierwszy weekend kwietnia, trochę przerażająca apokalipsa, a trochę jednak miło), to kompletnie nie przeszkadzał nam czas oczekiwania. A ten, jak zostaliśmy uczciwie ostrzeżeni, wynosił ponad godzinę. Nie jest to więc propozycja dla głodnych. Nam to było nawet na rękę, bo nasze wycieczki oparte głównie na „zjedzaniu” wyglądają tak, że w sumie to nigdy nie jesteśmy głodni. Plus dało nam to wystarczająco czasu, żeby się skutecznie i przyjemnie nawalić białym winem i pograć w naszą ulubioną wyjazdową grę w „P” (jak chcecie to was nauczymy;)). W końcu jednak wjechały nasze picki. Poszliśmy trochę w klasykę (wakacyjna Thai’gherita, czyli Margherita z tajską bazylią i mozzarellą di buffala oraz Ninja Turtles z pepperoni i serem Tallegio), trochę w smaki pikantne (Spicy Blue Wave z burratą i ndują), a trochę w dziwactwa (Mac’n’Cheese!!!). Cztery pizze na 5 osób w zupełności nam wystarczyły i z Przyjemności wytoczyliśmy się nażarci i szczęśliwi.

 

 

Przerwa na kawę

A w przerwie od jedzenia co robiliśmy? Piliśmy kawę oczywiście. Tu zaczęliśmy od kawiarni Szop, w której miał grasować nie kto inny, a właśnie szop pracz. Kto mnie zna osobiście, ten wie, że szopy to moje ukochane zwierzęta, a jak tylko przestanę się tak często wozić po świecie, od razu sprawię sobie takiego skurczybyka do domu, a potem będę płakać gdy on będzie prał moje winyle. W poznańskiej siedzibie szopa akurat nie było, ale sama nie wiem czy mam z tym problem. Chyba bardziej mam problem z tym, że w ogóle tam bywa, a ludzie go wkurzają. Niech więc sobie ziomeczek chociaż w weekend odpocznie. Brak zwierzaka, nie sprawił, żeby ich kawa była gorsza, więc miejscówkę i tak wam polecam. Niestety nie mieli śniadań, więc wzięliśmy tylko po kubku na drogę i ruszyliśmy dalej w świat.

 

 

Kawowym i designerskim sztosem okazało się natomiast Vandal Cafe. Z tego co zrozumiałam, był tu też kiedyś sklep z ciuchami. Tym razem było pusto, ale może to tylko zmiana ekspozycji. Tak czy inaczej warto wpaść posiedzieć w super wnętrzu i napić się świetnej kawy. W gorące dni polecam moje ukochane tonic espresso albo wariację na jego temat, której po raz pierwszy miałam okazję spróbować właśnie w Vandalu, a mianowicie espresso ze świeżo wyciskanym sokiem grejpfrutowym. Pyszka! Będę to odtwarzać w domu przez całe lato! Koniecznie wbijajcie tu odpocząć po spacerze wśród tropikalnych krzaków, bo z Palmiarni jest tu już niedaleko.

 

 

A na ciacho do kawki wbijajcie do kawiarni na Taczaka 20. Fajne, dog-friendly miejsce z ładnym wnętrzem, rowerem na ścianie i super obsługą. Dobra kawa i jeszcze lepsze ciasta. Wypróbowaliśmy wszystkie, które tego dnia mieli, ale ja zdecydowanie wygrałam ze swoim wegańskim cudem natury. Mango, kokos, chia i daktyle. Okazuje się, że jest to zestaw idealny, z którego można wyczarować orzeźwiające, niesłodkie, ale pyyyyszne ciasto.

 

 

Ja jeszcze trochę oszukałam i podczas poprzedniej wizyty wpadłam do Cafe La Ruina przy rondzie Śródka. Tutaj panuje klimat globtrotterski, bliski memu sercu. Pyszna kawa, dobre ciasto i miła obsługa, która pozwoli wam przekoczować kilka godzin między wywiadami, czy co tam w życiu robicie. Nie udało mi się za to nigdy trafić na obiad do sąsiedzkiego Raju, który jest teraz wysoko na mojej liście „to do next time”.

 

 

 

Do widzenia, do jutra

Dwa dni to zdecydowanie za mało, żeby obczaić w Poznaniu wszystko, więc możecie się spodziewać części drugiej przewodnika w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. Mam listę miejscówek na jeszcze co najmniej dwa dni zwiedzania. No dobra, bardziej jednak zjedzania. Nie udało nam się trafić na anty-fit lody w Fudge Filosophy, które do tej pory śnią mi się po nocy, ani do zagłębia płatków z całego świata, czyli CornAir. Odpadło nam też kilka śniadaniowych miejscówek, bo nie mieliśmy rezerwacji, no i nigdy nie udało mi się trafić na obiad do Raju, o którym słyszałam same dobre rzeczy. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, co jeszcze warto zrobić w Poznaniu. Stałam się fanką tego miasta, więc wszelkie propozycje na pewno wykorzystam.

A po więcej zdjęć, jak zwykle, odsyłam was do PORTFOLIO. Poznania szukajcie pod Budapesztem. Taka nowa mapa świata!