Do Momu po raz pierwszy zawitaliśmy dawno, dawno temu. Pamiętam, że było to 11 listopada, a my właśnie wyszliśmy z Horror House. Na ulicach jak co roku była pseudowojna, a nasze psychiki zostały tak zryte przez ukrywające się w piwnicy straszydła, że nie wiedzieliśmy czy to wszystko nie dzieje się naprawdę. Potrzebowaliśmy kryjówki. Z tej pierwszej wizyty pamiętam tylko, że było zupełnie inaczej. I jakościowo dość średnio. Jedliśmy jakieś dziwadła: rameny z wszystkiego, ramen burgery, fish tacosy i czego tam jeszcze Instagram nie wymyślił. Na szczęście czasy fusion w Momu bezpowrotnie minęły. Teraz lokal szczyci się tym, że wędzą dymem. I ja to szanuję.

View my food journey on Zomato!

A że od pięciu dni siedzę i tworzę do pracy raport o autentyczności w koreańskich restauracjach w Polsce, to pojadę wam trochę antropologiczną papką. Mózg mi się przegrzał od bibimbapów, więc coś z polskiego podwórka to czysta przyjemność. Od kilku lat można zaobserwować kulinarny powrót do korzeni. Topinambury i wężymordy pewnie już wam się przejadły. Choć do dziś fascynuje mnie, że moja matka żywiła się w dzieciństwie wężymordem (skorzonera) zbieranym w sandomierskim wąwozie, bo nie było nic innego do jedzenia. Teraz trzeba mieć trzy dyszki na fancy przystawkę z tym korzonkiem. Aleksander Baron każe nam wracać do słoików, kisić i fermentować wszystko co znajdziemy pod ręką. Zresztą Netflixowskie „Chef’s Table” (ten serial dokumentalny to hit, jak nie oglądaliście to rzućcie wszystko i idźcie oglądać!) głosi, że jeśli nie gotujecie lokalnie, regionalnie, reinterpretując tradycję, to równie dobrze możecie wcale nie gotować. I tak nic nie osiągniecie. Anyways, wszystkie te zabiegi mają sprawić, że nasze kulinarne doświadczenia, zapośredniczone przez tradycję i nostalgię (wspomnienie mojej głodnej matki, joł!), będą bardziej „autentyczne”. Dopóki kucharze Momu będą wędzić ryby i mięsa, zamiast lepić makaronowe „bułki” do ramen burgerów, to ja się na wszystko zgadzam. Na fusion pójdę do Cool Cata.

 

Wielki powrót

Powrót do Momu w moim przypadku nastąpił po długim czasie. Skusiła mnie śniadaniowa promocja. Kolejki do Aioli się wydłużały, a podawane tam śniadania coraz częściej były zimne i średnio zachęcające. Jajko w koszulce, które jest zimne nie jest jajkiem w koszulce. Skostniałe z zimna żółtko jest smutne i nie wypływa. End of story. Zresztą wyprowadziłam się z Powiśla i do Aioli Mini na Konstytucji przestało mi być po drodze. Przyszedł czas na coś nowego.

Na śniadanie do Momu poszłam raz. Nażarłam się, nic nie było zimne i wszystko mi smakowało. Niebywałe. Poszłam drugi raz. To samo. No nie! Wezmę ze sobą Łowców. Poszliśmy ponownie prowadząc research do wpisu o warszawskich promocjach śniadaniowych. Zjedliśmy cztery różne śniadania i każdym byliśmy zachwyceni. W kwestii śniadań nie będę się rozpisywać (bo ta recenzja i tak już nie ma sensu). Zdradzę wam tylko, że z menu śniadaniowego zjadłam już wszystko. I to wszystko w cenie 1PLN. Lepiej być nie może.

 

A wieczorem przed mym dymem…

Wybaczcie ten muzyczny suchar. Nie mogłam się powstrzymać.

Po pozytywnym odbiorze śniadań nastąpił czas na przetestowanie oferty wieczornej. Tym razem wizyta również nastąpiła nieco przypadkiem (po więcej info przeczytajcie nasz opis wizyty w Alchemist Gastrobar), ale zdecydowanie uratowała wieczór. Co musicie wiedzieć? Wieczorami w Momu macie spore szanse trafić na muzykę na żywo. Takie inicjatywy zawsze są spoko. Ratują ludzi, którzy postanowili samotnie opuścić domostwa. Ewentualnie tych, których los zesłał na nudną randkę z Tindera. Tym razem żadna z tych opcji nas nie dotyczyła, ale zapamiętam na przyszłość.

Na wieczorną wizytę do Momu wybraliśmy się w piątkę. Chcieliśmy przetestować jak najwięcej pozycji z karty, dlatego każde z nas wybrało coś innego, a potem rzucaliśmy w siebie jedzeniem wszyscy wszystkiego spróbowaliśmy. Zamówiliśmy tatara, kanapkę Ruben (gorąco polecaną przez kelnera – wiedział co mówi!), kanapkę w wersji wege z boczniakami, marynowaną gruszką, serem pleśniowym i konfiturą z cebuli oraz dwa różne podpłomyki: pulled beef z owocami losy i opcję z polędwiczką dojrzewającą i galaretką pigwową. Jak ktoś kiedyś był ze mną w knajpie, to wie, że najwyższą pochwałą jaka może paść z mych ust jest „wszystko dobre” wymamrotane przez zęby równocześnie szarpiąc mięso. W Momu jest nie inaczej. Wszystko w opór dobre.

Naszym zdaniem

Po prostu tam idźcie. Tyle. My na pewno wrócimy, bo nie jesteśmy frajerami.

A jakby w Momu kiedyś miał nastąpić jakiś okres biedy, to ja chętnie podnajmę pokoik ze złotym rowerem na ścianie. Podrzucajcie mi tylko kanapki Ruben pod drzwi.

 

Momu Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

MOMU

Ocena Łowców Wrażeń 9/10
Ceny 7/10

MOMU jest obecnie jednym z naszych ulubionych lokali w Warszawie. Jeśli gdzieś możesz pójść i rano i wieczorem to znaczy, że jest dobrze. Polecamy zacząć przygodę z MOMU od promocyjnych śniadań, ale absolutnie na tym nie poprzestawać. No i dajcie znać jak wrażenia!

Zapisz

Zapisz