Jest problem. Nie mogę przestać pisać o Wyspach Owczych. Co gorsza, lękam się, że was wszystkich tym w końcu wykończę. Żeby trochę urozmaicić treści, dzisiaj zapraszam was na wycieczkę nietypową, bo magiczną. Odwiedzimy miejsca, w których niegdyś grasowały trolle i olbrzymy, dowiemy się jak obronić się przed wodnym duchem z jeziora i dlaczego lepiej nie zadzierać z fokami, sprawdzimy czy huldefólki to dobre elfy czy raczej złośliwcy. A przy okazji odwiedzimy kilka zapierających dech w piersiach farerskich miejscówek.

Raz na jakiś czas odzywa się we mnie dusza etnologa i nachodzi mnie przemożna ochota, żeby poczytać o tradycjach, zwyczajach i wierzeniach kultur, które odwiedzam. Zakopanie się w ludowych podaniach i antropologicznych analizach brzmi jak idealna niedziela. Na szczęście Wyspy Owcze świetnie się do takich etno poszukiwań nadają, bo ze swoim folklorystycznym rodowodem wcale się tam nie kryją. Co trzecia skała ma w nazwie jakiegoś trolla, o którym krąży też stosowna legenda. W jeziorach i zatokach stawiane są rzeźby i pomniki upamiętniające mityczne zdarzenia jakie miały tam miejsce. A pod kamieniami kryją się nienawidzący elektryczności, technologii i Jezusa niewidzialni ludzie. Tajemniczy klimat dodatkowo wzmagają ciężkie mgły i nisko schodzące chmury, sprawiające że obecność mitycznych stworów wydaje się jak najbardziej prawdopodobna. Podczas naszych wakacji na Farojach udało nam się odwiedzić całkiem sporo miejsc, w których grasowały (lub wciąż grasują!) przeróżne magiczne istoty. Stworzyłam więc dla was „trasę po ludowych opowieściach”.

 

 

Skąd się wzięły Wyspy Owcze?

Maciej Brencz, autor książki (i bloga) „Farerskie kadry„, którą polecałam w pierwszym, wprowadzającym poście o Wyspach Owczych, przywołuje dwie wersje legendy o powstaniu archipelagu. Według pierwszej, wyspy „powstały z brudu zza paznokci boga, który zebrał się w trakcie tworzenia świata”. Druga mówi o tym, że archipelag wytworzył się po pokonaniu mitycznego Jormunganda, syna Lokiego, morskiego węża tak długiego, że opasa cały świat. W tej opowieści Faroje powstają z zęba, który wyleciał z paszczy konającego węża. Obie wersje brzmią równie obrzydliwie.

Osobiście nie byłam w stanie znaleźć żadnych podań ani legend (po angielsku, bo farerskiego nie znaju), które dotyczyłyby czasów wcześniejszych niż pierwsze osady ludzkie. Nie pozostaje mi więc nic innego jak obiecać wam, że kraina owiec nie przypomina ani brudnych paznokci ani brudnych zębów jaszczura i zaprosić was do lektury dalszych, mniej „fizjologicznych” opowieści 😉

 

 

Nie działa ci czajnik? To pewnie huldufólki!

Jeśli studiowaliście etnologię, to myśląc o Kirsten Hastrup pewnie zastanawiacie się czy to antropolożka czy jakaś laska, która siedziała obok was w ławce na labo, bo słyszeliście to nazwisko tyle razy, że czujecie jakbyście ją znali osobiście. Ta duńska badaczka robiła w życiu sporo rzeczy, ale jedną z nich było poszukiwanie „empirycznej prawdy” o huldufólkach i drażnienie Islandczyków durnymi pytaniami o to, kiedy ostatnio ich spotkali (generalny wniosek jest taki, że jak czegoś nie możecie udowodnić, to warto posłużyć się wytłumaczeniem „wyobraźnia też jest ważna, ziomeczki!”). Ale co to w ogóle są te huldufólki i co mają wspólnego z Wyspami Owczymi?

 

 

Huldufólki to zamieszkujący Islandię i Wyspy Owcze tzw. niewidzialni ludzie. Ale nie są do końca ludźmi. To żyjące w skałach siwowłose elfy. Ale nie do końca są elfami. Huldufólk jest tricksterem, istnieje w przestrzeni pomiędzy, nie jest ani dobry ani zły. Ale bywa złośliwy. I nie lubi elektryczności ani nowoczesności dlatego może schować ci ładowarkę od iPhone’a albo (na nieco większą skalę) popsuć maszyny uniemożliwiając budowę dróg czy odwierty. Największa szansa na spotkanie huldufólka jest po ciemku lub podczas gęstej mgły. No i raczej na odludziu. Zapytani o niewidzialnych ludzi mieszkańcy Suðuroy stwierdzili, że wyniosły się z wyspy wraz z wprowadzeniem elektryczności w latach 50*. Wciąż pojawiają się jednak w przekazywanych ustnie rymowanych utworach (skjaldur) i ludowych pieśniach (kvæði), np. w rymowance Hulda, mulda, tulda huldufólki prosi się o to, by nie chowały zagubionych przedmiotów, w innych przeciwstawia się je postaciom z religii chrześcijańskiej, których nibyelfy się boją. Według legendy o porwanym przez huldufólki rolniku Símunie pochodzącym z osady Kirkjubøur, niewidzialni ludzie boją się też noży, na wszelki wypadek wyruszając na ich poszukiwanie zaopatrzcie się więc w scyzoryk.

 

*Stephen Pax Leonard Faroese skjaldur. An endangered oral tradition of the North Atlantic (2010)

 

 

A gdzie szukać huldufólków na Wyspach Owczych? Osobiście jestem przekonana, że towarzyszący nam podczas wyprawy Marjun był królem huldufólków, który uznał, że nie warto się ukrywać. Ale wy możecie zacząć poszukiwania od wspomnianego Kirkjubøur położonego w okolicy stolicy (joł! rymy mi się udzieliły). Co prawda wg legendy huldu-człowiek wywiózł Símuna łodzią na jakieś okoliczne klify, nie do końca wiadomo gdzie, ale w osadzie znajduje się najstarszy na świecie wciąż zamieszkały drewniany dom Kirkjubøargarður. Tam na sto procent coś się musi czaić. Oprócz tego, nibyelfy można spotkać nad jeziorem Sørvágsvatn, które pewnie widzieliście na Instagramie, bo zwisa sobie epicko nad morzem. Jest tam kamienny kopiec, w którym dawno temu ksiądz zamknął na wieki wielu huldufólków. Podobno do tej pory słychać stamtąd zawodzenia.

 

 

Nykur, duch z jeziora

A jak już będziecie nad jeziorem Sørvágsvatn to uważajcie na Nykura. W zasadzie uważajcie na każdym jeziorem, bo podobno złe wodne duchy grasują w różnych zbiornikach wodnych. Ale to na brzegu Sørvágsvatn Nykur został w 2017 roku uwieczniony w formie podświetlanej rzeźby autorstwa Póla Skarðenni. Rzeźba przedstawia go w formie konia, najbardziej znanej z legend, ale Nykur jest zmiennokształtny, więc może was podejść na różne sposoby! Czego chce? Zdaje się, że trochę mu się w życiu nudzi i próbuje zwabić ziomeczków, żeby żyli z nim na dnie jeziora. Ja podziękuję za takie atrakcje. Na szczęście całkiem łatwo się uratować przed losem topielca. Zgodnie z legendą o dwóch bawiących się nad brzegiem jeziora braciach, wystarczy wypowiedzieć jego imię. Tak uratowany został starszy brat, którego Nykur pod postacią konia zwabił i na swym grzbiecie próbował wywieźć na środek jeziora. Na szczęście młodszy to zauważył. Co prawda nie wiedział, że koń ma złe zamiary, po prostu nie chciał żeby brat bawił się lepiej od niego, więc zawołał go po imieniu. Szczęśliwie porwany przez Nykura chłopiec miał na imię Niklas, co w mowie sepleniących kilkulatków brzmi jak „Nika”. Usłyszawszy swe imię wodny duch stracił moc i samotnie wycofał się do jeziora, a dzieci, bezpieczne, pozostały na brzegu.

 

Syreny są passé! Poznajcie Kópakonan, kobietę-fokę

Jeśli zamiast siwych typów i złowieszczych koni wolicie ładne laski, to może wam przypaść do gustu legenda o Kópakonan, którą utrwalono w formie rzeźby w 2014 roku. Znajdziecie go nad brzegiem oceanu w osadzie Mikladalur na wyspie Kalsoy (na którą dostaniecie się wyłącznie promem wypływającym z Klaksvík). To tam rozegrała się tragiczna historia kobiety-foki. Bo jeśli nie wiecie, na Wyspach Owczych żyją foko-ludzie! Jeśli wierzyć temu wideo, w którym opowiedziana jest skrócona wersja legendy o Kópakonan, w foko-ludzi zmieniają się ci, którzy utonęli w morzu. Raz do roku wolno im natomiast wychodzić na ląd, balować i tańcować. Zdejmują wtedy z siebie foczą skórę żeby było łatwiej przebierać nogami. Tak było i z piękną Kópakonan, tyle że kiedy o świcie zaczęła się rozglądać za swoją skórą, żeby razem z ziomkami wrócić do morza, okazało się, że podpieprzył jej ją jakiś typ. Torkil (tak na imię ma bohater podlinkowanego wyżej filmiku, nie wiem czy w legendzie w ogóle miał imię), rybak z Mikladalur, całą noc podglądał tańczące foki, zauroczył się w Kópakonan i uznał, że za wszelką cenę musi ją zatrzymać przy sobie. Zamknął więc jej foczą skórę w skrzyni i trzymał pod kluczem. Kobieta-foka została uwięziona na lądzie, została wyszła za Torkila i urodziła mu dzieci. Aż któregoś dnia ten wyruszył na połów i zapomniał wziąć ze sobą klucza. Tym sposobem Kópakonan odzyskała swoją skórę i wróciła do oceanu do swojego foczego męża. Ludzkie dzieci zostawiła na lądzie, więc raz na jakiś czas widywano w okolicy fokę wynurzającą się przy brzegu z wody i obserwującą bawiące się na brzegu dzieci.

 

 

Ale na tym historia się nie kończy. Jakiś czas później, porzucony Torkil wypłynął na morze na połów fok. Mimo, że we śnie objawiła mu się Kópakonan i prosiła by nie zabijał jej foczego męża i dzieci, rybak nie usłuchał. Cała historia skończyła się więc tym, że Kópakonan rzuciła klątwę na mężczyzn z osady Mikladalur. Będą ginąć na morzu i spadać z klifów tak długo, aż uzbiera się wystarczająco martwych, by byli w stanie okrążyć wyspę Kalsoy trzymając się za ręce. Cała ta historia jest mocno niemiła, ale rzeźbę i tak obczajcie.

 

 

 

Starcie z trollami

Będąc na Kalsoy koniecznie wybierzcie się na trekking do latarni morskiej Kallur, gdzie widok jest jednym z najlepszych jakie widziałam przez cały wyjazd. Trasa zaczyna się w osadzie Trollanes, która swoją nazwę zawdzięcza pewnym legendarnym wydarzeniom, o których też warto wiedzieć. Podobnie jak foko-ludzie, tak też trolle raz do roku przyłażą i sieją zamęt w poukładanym świecie ludzi. Pech chciał, że do osady na wyspie Kalsoy miały najbliżej, więc co roku przybywały wielką grupą balować, wyjadać zapasy ze spiżarni i drzeć japy (pewnie śpiewały karaoke). Ludzie uciekali wtedy przerażeni do Mikladalur, gdzie jak pamiętacie, można zginąć od klątwy kobiety-foki, więc generalnie nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Tak się to powtarzało z roku na rok. Trolle wbijały, ludzie uciekali. Aż któregoś razu jedna z mieszkanek osady nie była w stanie uciec. Usłyszawszy nadchodzące trolle schowała się więc pod stołem i liczyła na to, że jej nie zauważą. Tak się też stało. Trolle tańcowały i hałasowały, a kobieta siedziała przerażona pod stołem. W pewnym momencie tak się przestraszyła, że wykrzyknęła „Chryste!”, a wtedy trolle uciekły z wioski i już nigdy nie wróciły.

 

 

Skalne olbrzymy

W dawnych czasach na Wyspach Owczych spotkać można było też olbrzymy. Kilka z nich można wciąż oglądać, tyle, że w zastygłej formie. Są to islandzcy szpiedzy, którym owczy archipelag tak się spodobał, że chcieli go przyłączyć do swojego kraju. Najbardziej znana jest historia Risin i Kellingin, czyli Olbrzyma i Wiedźmy, którzy Faroje próbowali przeciągnąć w stronę Islandii za pomocą sznura. Całą noc próbowały obwiązać wyspy, ale po długiej podróży były tak zmęczone, że wciąż im nie wychodziło. Skupione na pracy nie zauważyły wschodu słońca. Kiedy w końcu zorientowały się, że robi się jaśniej próbowały uciekać, ale nie zdążyły. Zostały zamienione w kamień i od tej pory tkwią u północnego wybrzeża wyspy Eysturoy, w pobliżu miejscowości Eiði, tęsknie spoglądając w stronę domu. Dobrze widać je z surferskiej plaży przy miejscowości Tjørnuvík, najdalej na północ wysuniętej osadzie wyspy Streymoy.

 

 

Trolle też zamieniały się tu w skały. Tak stało się z trollicą, w dodatku wiedźmą, na wyspie Vágar. Ona też przybyła na Wyspy Owcze, żeby zabrać je na Islandię i tak samo mogła działać tylko pod osłoną nocy. Światło słoneczne przemieniło ją w kamień i spadła do morza. A była tak wielka, że jej głowa i palec wystają nad powierzchnię. Głowa to wyspa Koltur, zamieszkała tylko przez dwoję ludzi – Bjørna i Lukkę Paturssonów, a palec to charakterystyczna skała Trøllkonufingur nieopodal miejscowości Sandavagur, którą zobaczycie zaraz po przybyciu na Faroje, wyjeżdżając z lotniska. Śmiałkowie wspinają się na palec trolla, ale nie zawsze dobrze się to kończy. W 1844 r. członek duńskiej świty królewskiej wlazł na palec trolla, zlazł, a potem zorientował się, że na skale zgubił rękawiczkę. Wspiął się więc z powrotem i… już nie wrócił.

 

 

Trzy dary dla mieszkańców Mykines

Na koniec wbijamy na prom i jedziemy na ptasią wyspę, Mykines, gdzie dawno, dawno temu też miała miejsce epicka bitwa człowieka z olbrzymem. Ten drugi, imieniem Tórur Rami, pragnął przejąć Mykines na własność, ale przeciwstawił mu się rodowity mieszkaniec wyspy, mężczyzna imieniem Óli Rami. Pewnego dnia olbrzym wyruszył na podbój wyspy, a zobaczywszy go Óli Rami zaczął uciekać na zachód. Biegł i biegł, ale olbrzym wciąż się zbliżał. Gdy już nie miał dokąd uciekać oddzielił Mykineshólmur od reszty wyspy i tak powstała wysepka, na którą teraz przechodzi się wąskim metalowym mostkiem. Ostatecznie olbrzym dostał się jednak na wysepkę i długo walczyli. W końcu Óli Rami zwyciężył i zagroził, że zabije olbrzyma. Tórur Rami prosił o litość i w zamian za darowanie życia zaoferował trzy dary dla mieszkańców Mykines. Jedyny warunek był taki, że ludziom nie wolno było na nie narzekać.

 

 

Pierwszym darem był wielki wieloryb, który pojawiał się raz do roku w zatoce Hvalagjógv. Już się nie pokazuje, bo ludzie na niego narzekali. Tutaj pojawia się pewna niejasność. Znalazłam informację, że mieszkańcy Mykines zjedli wielorybie mięso, a potem mieli sraczkę. Nie wiem tylko czy to właśnie był powód narzekania (całkiem zresztą słuszny), w związku z którym zniknął wieloryb. Całkiem logiczne jest, że jak o zjedli to zniknął. Chyba, że a) był to magiczny wieloryb i oni go zjadali, a on i tak co roku wracał, lub b) darem olbrzyma nie był jeden konkretny wieloryb Stefan tylko jakiś wieloryb, którego co roku zjadali. W każdym razie teraz u wybrzeży Mykines nie ma już żadnego wieloryba i to jest bardzo smutna wiadomość, bo chciałam takowego zobaczyć!

 

 

Drugim darem olbrzyma było wielkie drzewo. To na Wyspach Owczych nie lada gratka, bo drzew generalnie tam nie ma. Nie rosną w związku z bazaltowym podłożem i silnym wiatrem. Te, które teraz można na Farojach spotkać zostały przywiezione przez ludzi w latach 70. Mieszkańcy Mykines magiczne drzewo wykorzystali do budowy kościoła, ale też narzekali, że jest liche, więc się wkurzyło i uschło. Ostatnią rzeczą, którą Tórur Rami ofiarował ludziom były głuptaki. Ptaki te do dziś spotkać można na Farojach tylko w jednym miejscu. Na maleńkiej wysepce Mykineshólmur.