Kiedy ostatnio zdarzyło wam się, że ktoś ze znajomych odwiedził knajpę, do której chcieliście się wybrać, pytacie więc o wrażenia a w odpowiedzi otrzymujecie formułkę „spoko, ale…”. Spoko, ale dupy nie urywa. Spoko, ale nic szczególnego. Spoko, ale za tą cenę spodziewałam się czegoś więcej. „Czegoś więcej” to znaczy czego? Czy jest jeszcze w ogóle możliwe by klienci restauracji wyszli z niej w stu procentach usatysfakcjonowani?

Ja niepochlebne opinie słyszałam chyba o każdym odwiedzonym przez siebie lokalu. „Falla? Nie wiem skąd ten hype, jak dla mnie mocno średnio”, „Smakowało Ci śniadanie w Shuku? To dziwne, bo lunche mają bardzo słabe”, „Podobało Ci się w MOD? Przecież to nie jest prawdziwy ramen i to jeszcze za takie pieniądze!”. A już hitem było, kiedy niedawno wrzuciłam na Insta Stories zajawkę, że piszę posta o Kremie. W ciągu 10 minut dostałam 4 wiadomości z pytaniem jak ich zjadę, bo przecież mają kolejki, a  ich kanapki to nic nadzwyczajnego. Nie mówię, że mi się zawsze w każdej knajpie podoba, że nigdy nic mi nie przeszkadza i wszystko mi smakuje. Zdarzało mi się zabrać znajomych na research śniadaniowy do knajpy, w której moja [ani ich] noga więcej z pewnością nie postanie. A jednak, posługując się słowami Carrie Bradshaw: I couldn’t help but wonder z czego wynika ten nieustanny brak satysfakcji. To poczucie że coś jest zawsze nie tak. A raczej poczucie, że zawsze może być lepiej. Nie zaprzestajemy pogoni za ideałem. Ani na Tinderze ani na gastronomicznej mapie Warszawy.

 

 

Rozpuszczony konsument?

Czy to jest tak, że oferta gastronomiczna jest tak szeroka, że od nadmiaru odbiła nam szajba? Wciąż pragniemy czegoś nowego, ekscytującego, składników o których nigdy nie słyszeliśmy, niesamowitych połączeń smakowych. Równocześnie chcemy potraw „nieprzekombinowanych” i za mniej niż 30 złotych. Chcemy autentycznego Pho, ale takiego, które nas zaskoczy, bo przecież Pho jemy raz w tygodniu na kacu, i te smaki mamy już oswojone. Idziemy więc do knajpy, zamawiamy zupę, pożeramy ją w pięć minut i… Oceniamy jako nic szczególnego. Plus w Wietnamie płaciliśmy za Pho 5 złotych, a nie 30 jak to sobie życzą w Vietnamce.

 

 

Oczekiwana przez nas „wyjątkowość” jedzenia na mieście ma polegać również na tym, że dostaniemy potrawę, której sami sobie w domu nie zrobimy. Miałam w życiu taki epizod, że prowadziłam badania do magisterki. Magisterka miała być o warszawskim street foodzie, a wybór formy czasownikowej powinien wam uświadomić, że nigdy nie powstała. Trochę się jednak wokół (dopiero powstających) food trucków i targów śniadaniowych kręciłam. Najczęściej krytykowanymi przez klientów stoiskami były te, które serwowały jedzenie „zwyczajne” – naleśniki i jajecznicę. Naleśniki w knajpie to zresztą nadal temat kontrowersyjny. W zeszłym tygodniu szwendaliśmy się ze znajomymi po mieście szukając miejsca na niedzielny obiad, kiedy mijaliśmy naleśnikarnię przy UW kumpela zaczęła prychać jak koń. „Phi, naleśnikami w restauracjach to ja gardzę! Sama sobie lepsze zrobię w domu!”. Coś w tym jest. Sama snobistycznie nigdy nie zamawiam na mieście makaronu. No chyba, że jest to miejsce, w którym pasty są wybitne, a makaron robiony od zera (macie jakieś doświadczenia z Dziurką od klucza? Bo planuję teścik).

Wychodzi na to, że restauracje nie mają szans na stuprocentowo pozytywną ocenę klientów. Nie dość, że muszą być na bieżąco z foodowymi trendami, zachwycać instagramowym wnętrzem (ale nie za bardzo, bo wtedy już jest hipsteriada!) i konkurować z setkami lokali w Warszawie (bo ja tu sobie piszę o Warszawie, Warszawa to jest kulturowa wyspa w środku Polski, porównywać z innymi miastami nie sposób!), to jeszcze w wirtualnym „Top Chefie” stają w szranki z samymi klientami (przekonanymi o swoich nadzwyczajnych umiejętnościach kulinarnych), a co gorsza, również z mamami i babciami. A z nimi się nie wygra. One po swojej stronie mają nostalgię. I pierogi z poziomkami.

 

Święto na co dzień

A skąd to przekonanie, że jedzenie w domu może być „normalne”, ale na mieście musi być „nadnormalne”? Zdaje się że zostały nam przyzwyczajenia z przeszłości. Nie wiem jak u was, ale ja za dzieciaka nie bywałam w restauracjach. Nawet wyjście do McDonald’s zarezerwowane było na specjalne okazje – urodziny. Jedyny powód w życiu ośmiolatka by cieszyć się z rodzeństwa – dzięki urodzinom siostry do Maca pójdziemy dwa razy, zamiast raz w roku. Idąc do knajpy wciąż oczekujemy tego świątecznego pierwiastka. Tej wyjątkowości. Ale cudów nie ma. Stołując się na mieście co najmniej raz w tygodniu, a częściej nawet kilka razy w tygodniu, pozbawiamy się uczucia towarzyszącego oczekiwaniu. Wyjście do restauracji staje się elementem naszej codzienności, a równocześnie wymagamy że będzie równie emocjonujące jak „w czasach posuchy”. Karnawał codzienności? Nie ma czegoś takiego.

 

 

Nie zamierzam być waszym couchem szczęścia. Takich praktyk nie szanuję, nie liczcie więc na podsumowanie w stylu „prawdziwą życiową satysfakcję osiągniesz dopiero, gdy nauczysz się czerpać radość z małych rzeczy”. Umówmy się jednak na eksperyment: następnym razem, gdy ktoś poprosi was o recenzję knajpy, książki czy filmu, zanim sięgniecie po sprawdzoną formułkę „spoko, ale…” zastanówcie się, czy to „ale” faktycznie jest potrzebne. Aha, ćwiczenie nie dotyczy filmu, który dostał w tym roku Oscara w głównej kategorii. Jego nie da się opisać innymi słowami niż „spoko, ale”.