Kuba zmienia się szybko i intensywnie. Kubańskie przygody opisywaliśmy już w zeszłym roku. Wtedy Mięta spędził na wyspie 2 tygodnie, zjechał ją wzdłuż i wszerz, sprawdził jaki żywot wiódł Hemingway i dlaczego warto uciekać z Cayo Coco. Tym razem wrażeniami z Kuby w gościnnym wpisie dzieli się z nami Tata Balmas, który do zwiedzania lądu dorzucił jeszcze tydzień pod żaglami. Podpowiada co zobaczyć na wyspie oraz jak zorganizować sobie rejs tanio, skutecznie i tak, żeby wszystkim się podobało.

 

 

O Kubie można opowiadać sporo, więc żeby niczego was nie pozbawiać, a równocześnie nie dobijać ilością tekstu, wpis taty Balmasa pojawi się w dwóch częściach. Jeśli więc wpadliście poczytać o żeglarstwie, zajrzyjcie do części drugiej, którą znajdziecie TUTAJ.    

 

Etap I – szczury lądowe

Ze względu na znaczną długość przelotu (choć nie aż tak straszną jak w przypadku Nowej Zelandii, gdzie w powietrzu byliśmy ponad 28 godzin z trzema przesiadkami) oraz 6-cio godzinną zmianę czasu, postanowiliśmy podzielić nasz trip na dwa etapy. Zanim wsiedliśmy na pokład katamaranu zorganizowaliśmy sobie ośmiodniową tułaczkę po Kubie, w tym 3 dni w Hawanie, po jednym w Santa Lucia i Habanilla, oraz 2 dni w Trynidadzie. Wielkość grupy (osiem osób) oraz ogromna ilość bagaży zmusiła nas do podróżowania po wyspie wynajętym busem z kierowcą, miejscowej firmy przewozowej Trans-Tour, co w ostatecznym rozrachunku okazało się rozwiązaniem bardzo wygodnym i znacznie tańszym niż wynajem na własną rękę dwóch mniejszych samochodów.

 

Co wiedzieć, jak żyć? – garść informacji praktycznych

[Edit Balmas Junior: w wersji skrótowej wszystko to, co powinniście wiedzieć przed wyjazdem na Kubę zebrał w praktycznym przewodniku Mięta. Znajdziecie go TUTAJ.]  

Waluta

Na Kubie istnieją dwa rodzaje walut: peso kubańskie PESO NACIONALE (CUP) i peso wymienialne PESO CONVERTIBLE (CUC). Przed wyjazdem na Kubę warto się dowiedzieć, co to oznacza i dlaczego tak jest.   Peso wymienialne (CUC), jest walutą, którą otrzymamy po wymianie EURO. Jest to tak zwana waluta turystyczna, za którą mogą robić zakupy także Kubańczycy. Peso kubańskie jest walutą, w której Kubańczykom wypłacane są pensje, za którą kupują żywność na kartki. Turyści również mogą płacić tymi pieniędzmi podczas zakupów, w praktyce nie jest to takie proste, ponieważ tutejsze sklepy znają tylko miejscowi, stąd też dla przybywających na Kubę lepszą walutą jest peso wymienialne. Za peso kubańskie można kupić warzywa i owoce na bazarach, gazety na ulicy, pizzę na ulicznym straganie i w niektórych restauracjach, bułkę z serem lub z szynką, napoje w puszce i miejscowy chleb w tzw. „cadena cubana de pan“. Natrafimy tu również na sklepy, w których jako turyści nie możemy dokonywać zakupów. Sprzedawana jest w nich bowiem żywność na kartki: ryż, fasola, bułki. Natomiast za CUC, można kupić zazwyczaj wszędzie i prawie wszystko.

CUC i CUP w praktyce Cenna rada podczas zakupów: ceny podawane w liczbach całkowitych (nie ma nic po przecinku) wskazują na to, że chodzi o walutę CUC, natomiast ceny podawane „z groszami” oznaczają, że mamy do czynienia z walutą CUP. Jeżeli jednak nie będziesz pewien, zapytaj – Kubańczycy zawsze bardzo chętnie pomogą. Trzeba też uważać na oznaczenie waluty. Jeżeli ktoś mówi o dolarach, to chodzi zazwyczaj o walutę CUC, którą był wcześniej dolar. Jeżeli natrafisz na towar, na którym obok ceny widnieje symbol „$“, to będzie chodziło o walutę CUC.

Noclegi Na Kubie istnieje odpowiednik naszych gospodarstw agroturystycznych czyli tzw. „casa particulares” oznaczonych często tabliczką Hostal. Jeżeli napotkacie taką tabliczkę wraz z numerem, prawdopodobnie oznacza to, że działalność jest prowadzona oficjalnie. Oficjalnie czy nie, Kubańczycy chętnie wynajmują swoje pokoje lub całe mieszkania, a standard jest przy tym bardzo zróżnicowany, od obskurnych pokoi, wilgotnych i zalatujących grzybem, bez okien z widokiem na niebo – po dwupokojowe mieszkania z kuchnią i łazienką.

 

Poszukując lokum warto skorzystać z usług nielicznych polsko-kubańskich pośredników, którzy są na miejscu, znają lokalne realia i ceny i są w stanie znaleźć naprawdę przyzwoite lokum za godziwą stawkę, żeby nie powiedzieć „w bardzo atrakcyjnej” cenie. My w Hawanie mieszkaliśmy w bardzo przyzwoitych warunkach za 20 CUC ze śniadaniem (15 lokum + 5 śniadanie).

Wyżywienie

Wbrew opiniom – przeczytanym w necie przed wyjazdem – że jedzenie na Kubie jest podłe, tłuste i niesmaczne, udawało nam się jeść bardzo dobrze (tzn. smacznie i relatywnie tanio). W Santa Clara zjedliśmy chyba najlepszą rybę na Kubie – danie składało się z pieczonej ryby „redsnapper” oraz ośmiorniczek w panierce, do tego czarny ryż (rewelacja!) i sałatka.   Wspomniane już, standardowe śniadanie kubańskie jakie otrzymywaliśmy w casa particulares też nie zawiodło. Wygląda ono następująco: na przystawkę pucharek lub talerz świeżych owoców, następnie chleb tostowy lub małe okrągłe bułeczki, miód i marmolada z guajawy oraz obowiązkowo jajecznica. Jeśli uda Wam się porozumieć, to możecie wynegocjować jajka sadzone. Do tego sok z guajawy, ananasa, melona oraz kawa lub herbata. Nie ma na co narzekać!

 

Hawana

jest miastem ogromnych kontrastów, strasznej biedy, obrazem niesamowitych zniszczeń budynków i wszelakiej infrastruktury, ale jednocześnie wielobarwnym, tętniącym życiem do wczesnych godzin porannych teatrem zabawy, tańca i salsy.

Przemieszczanie się po mieście Najpopularniejszym środkiem transportu w Hawanie są riksze dwuosobowe. Są one wszechobecne – stoją na każdym rogu i poruszają się ulicami, „polując” na chętnych (najczęściej usłyszycie okrzyk: taxi my friend?). Ceny nie są stałe i wahają się od 1 do 2 CUC od osoby. Należy jednak pamiętać, że ogromne zainteresowanie Kubą i wzmożony ruch turystyczny w ostatnich 2-3 latach, przyczynił się do rozkwitu cwaniactwa i chęci „wydymania” turysty na każdym kroku – zupełnie jak w przypadku naszych tatrzańskich górali. Oznacza to, że wynegocjowana na początku podróży cena np. 2 CUC od osoby razy dwie osoby czyli 4 CUC, wzrasta po dotarciu na miejsce do 10 CUC, a dyskusja z każdą chwilą staje się mniej przyjemna. Moja rada: wynegocjować cenę, opłacić z góry, następnie wysiąść i pożegnać rikszarza skinieniem ręki.

Innym środkiem transportu są tzw. Coco-Taxi – trzykołowe skutery o wyglądzie 2/3 jajka (zabierają niestety tylko 2 osoby jak riksza) lub taksówki – żółte państwowe lub kolorowe prywatne. Taksówki prywatne działają na zasadzie dobierania pasażerów po drodze, więc spiesząc się, można po prostu doskoczyć do jadącej niepełnej taxi. Cena za przejazd 0,5 – 1 CUC.

Jednak niekwestionowanym „królem” hawańskich ulic są „staruchy”, czyli wg naszych standardów stare zabytkowe samochody, rocznik 51, 53, 56 itd., a z punktu widzenia Kubańczyka cud techniki, który jeździ, daje zarobić i wzbudza powszechny zachwyt. „Staruchy” spotkacie na całej wyspie, ale tylko w Hawanie są one tak wypielęgnowane, wypasione, wylakierowane, że wprost nie można od nich oderwać oczu. Spotkać można najróżniejsze marki od Oldsmobila, Chevroleta, Buicka po Studebackera z 51 roku. Polecam wykupienie przejażdżki starymi kabrioletami przez ulice Hawany – kurs najlepiej opracować samemu i pokazać kierowcy na mapie, którędy ma Was wieźć. Nieodłącznym punktem programu jest Plac de la Revolution, gdzie natraficie na niespotykane nigdzie indziej nagromadzenie „staruchów” na 1m2. Warto przejechać przez Malecon czyli nadmorski bulwar gdzie zawsze w górę strzelają wysokie pióropusze wody z rozbijających się o mury fal, oraz starą część Havany.

Zdarzyło nam się jechać również wielkim, starym autobusem szkolnym, który jechał pusty po dzieci i zabrał nas po drodze. Po otrzymaniu 10 CUC, twarz kierowcy rozjaśnił uśmiech jakiego dawno nie widziałem na ludzkiej twarzy.   Z punktu widzenia bezpieczeństwa, należy pamiętać o wszechobecnych skuterach, które ostatnimi czasy trafiły tu z Chin, są proekologiczne, elektryczne i co za tym idzie – bezgłośne. Wprawdzie Kubańczycy z uwielbieniem używają klaksonu przy każdej okazji (i bez okazji także), ale chodząc ulicami, bo po chodnikach rzadko się udaje, należy mieć oczy wokół głowy.

 

Gdzie zjeść?

W Hawanie polecam 2 restauracje: pierwszą jest mała restauracyjka piętrowa, w centrum „starej” Hawany, w której kelnerzy biegają w długich czarnych podkolanówkach; drugą, o nazwie „ Flor de Loto”, w dzielnicy „Chinatown” przy Salud 313, entre Gervasio y Escobar, w której zjecie jedyną w swoim rodzaju zupę rybaka (Soup de pescador) z kawałkami ryb, krewetkami i innymi owocami morza, czy też krewetki pod wieloma postaciami (jest chyba z 10 dań krewetkowych do wyboru). Nie należy obawiać się o mięso – dostaniecie wołowinę, wieprzowinę oraz kurczaka pod każdą postacią – często łączone z owocami morza lub rybą.  Cena przyzwoitego obiadu z przystawkami tj. chipsy z banana, chipsy ze słodkich ziemniaków, ryż pod każdą postacią lub frytki to koszt od 7 do 12 CUC. Sok lub napój oraz herbata: 2 CUC, drink (obojętnie jaki)  3 CUC. Smacznego!

 

Atrakcje

Największą atrakcją Kuby jest wylewająca się z każdego zakamarka salsa.

Tropicana – muzyczno-taneczne show prezentujące historię Kuby poprzez taniec i muzykę. Jeśli ktoś lubi smukłe, ciemnoskóre tancerki o zgrabnych nogach do samej ziemi oraz kubańską muzykę, to polecam ww. widowisko. Choć nie jest tanio a i bilety lepiej zamawiać z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby mieć miejsca przy samej scenie. My rezerwowaliśmy je jeszcze z Polski przy pomocy naszego polsko-kubańskiego przyjaciela. Występ kończy się wspólnym tańcem, coś w rodzaju dyskoteki, na scenie wraz z kubańskimi tancerkami.

Havana Buena Vista Social Club – znany i okrzyczany band, który nas niestety nie powalił na kolana. Średnia wieku śpiewających artystów to chyba 100lat, można potańczyć, ale generalnie nudy. Cena też niezbyt atrakcyjna – za to w cenie 3 drinki do wyboru do koloru: Pina Colada, Mohito, Cuba Libre, etc.  Nie warto.                 

Santa Lucia

Kolejnym po stolicy zwiedzonym przez nas miejscem była Santa Lucia. Małe miasteczko o uliczkach w kwadrat oraz centralnie położonym kwadratowym rynku. Przy rynku znajdziecie kilka odnowionych budynków, jednym z nich jest oczywiście hotel dla zagranicznych turystów. Również przy rynku znajduje się duży bar z tarasem po schodkach, położony bezpośrednio przy ulicy. Na schodkach urzęduje miejscowa młodzież – co drugi z nieodzownym Boomboxem w ręku lub w reklamówce, więc ogólnie jest wesoło. Po godz. 22.00 w barze rozpoczyna swój występ zespół muzyki kubańskiej, którego trzej frontmani mają wspólnie chyba ponad 300 lat, pierwszy trzyma się mikrofonu, drugi kontuaru, a ten w środku swoich dwóch kolegów. Podeszły wiek nie przeszkadza im wcale w wykonywaniu tradycyjnych pieśni, a nawet improwizacji. Zgromadzeni wewnątrz miejscowi bywalcy pubu nie potrafią długo usiedzieć na miejscu i wkrótce rozpoczynają się tańce owych leciwych gentlemanów (najchętniej) z turystkami, których uczą salsy. Atmosfera jest zajebista więc naprawdę serdecznie polecam.

 

 

Trynidad

Jak dla mnie „perła” Kuby. Małe miasteczko wyglądające jak osada, położone w środkowej Kubie, w prowincji Sancti Spíritus, na wzgórzach w pobliżu Morza Karaibskiego i zamieszkane przez około 73 tys. mieszkańców. Ze świecą szukać tu asfaltowych ulic. Te pojawiają się dopiero poza miastem i  prowadzą w kierunku morza, plaży czy w innych kierunkach Kuby.

Samo centrum, czy jak kto woli „starówka”, Trynidadu to pełne uroku brukowane „kocimi łbami” uliczki, po których przemieszczają się dorożki, wozy konne, riksze oraz jeźdźcy konno. Domy są ciasne ale bardzo kolorowe – spotyka się tu nawet czasem przeszklone okna – przez otwarte okna i drzwi zajrzeć można do wnętrza domów i ku wielkiemu zdumieniu napotkać na wiele antycznych, secesyjnych, drewnianych mebli, częściowo nadgryzionych zębem czasu, częściowo odnowionych. Okres handlowego prosperity zaznaczył się w architekturze miasta. Ulice dzisiejszej starówki wybrukowano kostką sprowadzoną specjalnie do tego celu z Bostonu, powstawały charakterystyczne, okratowane okna kamienic i wysokie drewniane bramy.

Miejscowe Museo Municipal (Muzeum Miejskie) założono w starej rezydencji barona cukrowego Cantero. Znaleźć można w nim wyposażenie wnętrz typowe dla hiszpańskiej architektury kolonialnej, obszerne patio oraz wieżę, z której roztacza się panorama miasta i jego intensywnie czerwonych dachówek. W szczytowym okresie z tej niewielkiej miejscowości pochodziła 1/3 cukru produkowanego na wyspie.

Upadek znaczenia miasta i zapomnienie uratowało kolonialną starówkę od przebudowy, dzięki czemu centrum zachowało się w praktycznie niezmienionym stanie. Doceniło to UNESCO, wpisując w 1988 roku Trinidad na listę światowego dziedzictwa kulturowego, wraz z położoną w głębi lądu Valle de los Ingenios.

Najważniejsze zabytki miasta skupiają się wokół centralnie położonego Plaza Mayor. Ulubionym miejscem spotkań mieszkańców jest natomiast plac przed zamkniętym kościołem Nuestra Señora de la Candelaria, a także schody przy Casa de la Musica, gdzie wieczorami odbywają się koncerty na żywo. Spośród lokalnych obyczajów na uwagę zasługują klatki dla kanarków, zawieszane przez mieszkańców przy wejściach do pomalowanych w ciepłe barwy domów.  Będąc w tej okolicy warto poszukać również regionalnego napoju z miodu, rumu i soku cytrynowego, nazywanego „Chanchanchara”.

W okolicy Trynidadu znajdują się największe plantacje trzciny cukrowej oraz park narodowy z małym wodospadem, gdzie dotrzeć można konno w 40 min. Wycieczka konna jest bardzo interesująca – można spróbować soku z trzciny, miejscowego miodu lub kawy, a także zapalić świeżo skręcone cygaro. Po drodze zobaczyć można starą tradycyjną maszynę do ręcznego wyciskania soku trzcinowego – wyglądem przypomina wałki do wykręcania prania ze starej pralki „Frania”, jeśli ktoś jeszcze pamięta czasy głębokiej komuny i jej wynalazki. Przejażdżka konna jest całkowicie bezpieczna, gdyż „chabety” są bardzo spokojne (chyba w tym celu wytresowane), a poza tym, reagują wyłącznie na znaki i okrzyki towarzyszącego przewodnika, więc nie ma co marzyć, żeby gdzieś nagle poniosły. Na pewno zostaniecie zaczepieni podczas spaceru przez miejscowych „kowbojów” oferujących te usługi i bardzo polecam skorzystanie z tej oferty. Cena – jak wszystko – do negocjacji.

 

Podobało się? Wybornie! To zapraszam na część drugą, morską, która pojawi się na blogu w przyszłym tygodniu!

 

Zdjęcia: Piotr Balmas | Karolina Sprawka